Heian – odkłamujmy epokę

Heian-kyo

Zapewne nie jeden raz słyszeliście o wspaniałej, wysublimowanej kulturze dworskiej okresu Heian – złotego wieku kultury japońskiej. Przenieśmy się więc teraz w czasie i przestrzeni o tysiąc lat do tyłu do miasta, na którego miejscu i którego spadkobiercą jest obecne Kioto. Oto pierwszy mój tekst odkłamujący Heian, ukazujący tę epokę w światłocieniach, a nie tylko w … złotym blasku. Zapraszam do czytania 🙂 

Mieszkańcy starożytnej stolicy Heian-kyō 1000 lat temu w gruncie rzeczy niewiele różnili się od współczesnego człowieka. Też wszystko kręciło się wokół tego, by zaistnieć, by się wylansować. Wystawić sobie najwspanialszą rezydencję, mieć najpiękniejszy ogród krajobrazowy. Urządzić konkurs poetycki, na którym pojawi się cała śmietanka ówczesnych poetów. Na festiwalu zabłysnąć wysuniętą zalotnie ręką z powozu, gdzie 12 warstw kimon skomponowanych zostało w sposób idealny (i nieważne, że arystokratka w gorącym klimacie środkowej Japonii dusiła się pod tym odzieniem). Zaliczyć najwięcej kochanek wracając o poranku od kolejnej, gdy mgły schodziły z gór Higashiyama. Wysłać do każdej z nich posłańca z listem po nocy – zręcznym erotykiem, w którym zawoalowane żądze mieszały się z nadzieją na męskiego potomka. Ochoczo adoptować dzieci własne i “sugerowane”, zwłaszcza te najpiękniejsze – czyniąc z córek kolejne swoje kochanki (jak Genji postąpił z Tamakazurą). Nie mieć czasu na politykę, na sprawy państwowe (gdzież, przecież te prawie 400 lat okresu Heian to była jedna wielka bańka – kuge żyli kompletnie oderwani od rzeczywistości), za to mieć czas na … pielęgnowanie aware przy zakładniu spodni wstając rano od kochanki. Taa, dzisiaj niejeden książę zebrałby za to tysiące lajków na fb, wtedy też zbierał – plotka, że zna się na aware niosła się po stolicy jak tajfun. Po takiej scenie mógł być pewien, że już żadna mu się nie oprze.

W Heian-kyō nie było przegranych. Choć zniszczyć człowieka było bardzo łatwo, starczyło pomówienie aware shirazu (nie rozumie aware). Bo co, nie dobrał koloru papieru do koloru tuszu, ubioru posłańca i jeszcze kłącza, gałązki rośliny przyczepionej do listu miłosnego? Bo nie wyznał się z właściwą subtelnością w tysiącach reguł rządzących ówczesnym salonem. Sei Shōnagon, kobieta-domina, bawiąca się mężczyznami wysłała tym sposobem w niebyt setki zapewne wspaniałych kawalerów. Przegrani mieszkali poza stolicą (notabene, słynny topos literacki o tym, że najpiękniejsze dziewczyny kryją się … w gęstwinie, gdzieś w lesie, w małych domkach myśliwskich – jak prześliczna Ukifune znaleziona w Uji – łatwo domyślić się źródeł tego obrazowania, przecież hejanki już wszystkim obmierzły, każdy je mógł posiąść).

Ale w kulturze Heian byli też inni przegrani, bezimienni. Dopiero od niedawna zaczyna się zwracać na nich uwagę. Dlaczego? Bo kładą się cieniem, są takim cierniem na wspaniałej, “złotej”, wysublimowanej kulturze tej epoki. Literatura nie wspominała o tych tysiącach dziewczynek (czasem 13-letnich i młodszych) gwałconych przez swoich o 20, 30 lat starszych kochanków, mężów. Nie mówiło się o tych tysiącach 30, 40-letnich kobiet, jeszcze wtedy w kwiecie wieku wyrzuconych poza nawias, ze zgoloną głową mniszki i nic już nie okazującym obliczem patrzących pewnie każdego ranka z wyżyn klasztoru w stronę miyako, miasta, w którym dane im było na kilka lat zaistnieć w “złotej klatce”. Jako piąta, dziesiąta, dwudziesta kochanka któregoś księcia, a może i następcy tronu. Szczyt marzeń, prawda? Tak, o ile zrodziła mu pierworodnego. Jeśli nie, szczyt rozpaczy. Pozostałe kobiety ze swoistego “haremu” potrafiły taką zadręczyć na śmierć, wpędzić w depresję. Czasem ten klasztor bywał wybawieniem.

Gdy bodaj 5 lat temu tokijskie Muzeum Gotoh w ramach jednej z wystaw tematycznych pokazało fragment zwoju ilustrowanego (emaki) z dość osobliwą sceną, w której kompletnie pijany arystokrata wulgarnie obmacuje siedzącą przed nim damę dworu, stało się to ogromną sensacją. Niestety, trudno byłoby dzisiaj znaleźć w sieci tę ilustrację. Padł kolejny miraż na temat pięknej epoki Heian. Ale przecież świat wiedział o tym od dawna – o słynnych “wzgórzach spotkań”, na których po mocnej popijawie odbywały się prawdziwe orgie (a bawili się tak równie chętnie kuge, jak i prosty lud). O metaforach funkcjonujących w ówczesnym języku, a oznaczających “zalanego w trupa” (np. “nie dali rady nawet napisać znaku 十”, “soli nie mieli, więc psuli się na plaży” – w sensie, że moralnie, obyczajowo).

To była kultura zero-jedynkowa: albo dotarłeś na szczyt, albo … cię zwalano. Ówczesny arystokrata, playboy (którego ideałem był Hikaru Minamoto) bawił się całe swoje życie, grał – wierszami, ludźmi, uczuciami kobiet, które nie śmiały mu odmówić. Ówczesna literatura również nie pisze o tych, którzy przegrali życie. Albo zamienia dramaty w grę, w niedopowiedzenia. Przecież nawet tragedia Ukifune, która targnęła się na swoje życie, była taka aware. Czy współczesnych mogło to bawić??

Odkłamujmy Heian! Dla mnie o wiele autentyczniejszą epoką była Kamakura. Epoka zamieszkana przez … jakby to rzec, może porządniejszych ludzi. 

 
Krzysztof Wojciech Olszewski

Japonista, literaturoznawca, kulturoznawca, tłumacz. 27 lat temu kości do gry zdecydowały o wyborze mojego kierunku studiów i nigdy później tego nie żałowałem. Azja pochłonęła mnie bez reszty. Od kilku lat aktywnie propaguję w sieci kulturę Japonii, język i literaturę japońską i o tym będę pisał na tym blogu.

Skomentuj

oczamijaponisty
x Shield Logo
This Site Is Protected By
The Shield →